Przed poematem Memphis Tennessee

Przed poematem
MEMPHIS TENNESSEE

bo cały pierdolony świat bo cały pojebany świat we mnie
więc go nie szukaj jest czerwienią oparów
nad twoją głową zapalony przez anioły
gdy tamtego dnia pamiętasz płonął spirytus
piję wodę życia umarli modlą się za mnie
w pustym kościele w barze na Fifth Avenue
teraz jesteś Betsy Jackline i Sława
pomiędzy twoimi udami twarz zachłannego anioła
i usta w usta nieśmiertelność podbrzusza
a na sztandarach stare rozjebane pizdy
byłem byłem Tomem Pierre-em imieniem
kumple gwizdali na mnie wieczorem
gdy pora na dziwki przychodziła skrycie
oto marmurowy kontuar
w powietrzu alkohol
i rzeka od dna płynie z twoich ust sinych
kto zginął w wypadku kto spokojnie skonał
odpowiedź znajduje się na ścianie glinianej knajpy
na Fifth Avenue gdzie tamtego roku
byłem w tobie zakochany
więc nie pytaj gdzie błysk się pojawi
drży całe powietrze
to jego pogrzeb a nasz happening
ze światłem próchniejącym
on był dobry ale umarł dla mnie
mówi jedna z nich gdy karawan
pełen świeżych do miasta powracał
a my na poobiednim spacerze
stworzyliśmy model nieskończoności bytu
trzymałam mu w dwóch palcach
tak lubił mówiła w drzwiach
zdjęty z krzyża stracił wiele
to był może właśnie smutny pianista
z hotelu Astoria pod piramidami
byłam z nim
nazywał mnie księżniczką swoich snów
och wielki boże jak on mnie pierdolił
były rekordzista świata
ujął czy jego ujęto może delikatnie
za włosy w podbrzusze po nerach
pierdol mnie pierdol bo już z drugiej strony
tej oliwnej góry schodzi procesja
widok Londynu od strony Tamizy
widok Sekwany od strony Paryża
i mój widok gdy lecąca skóra zakrywa niebo
a ja oskórowany pasę się na zielonej łące
z głową w chmurach usiłuję zrozumieć
spowiedź trzeciorzędnej kurwy i jej kochanka
na mównicy w zgromadzeniu ogólnym

CZĘŚĆ I – Przesłanie

CZĘŚĆ I
Przesłanie

podczas występu organowego
znany reżyser oświetlony nieziemskim światłem
płynącym z wiecznego ekranu
ukrzyżował pana naszego
i popłynął w podróż dookoła świata
a ja jego pomocnik z biczem w dłoni
zostałem na zawsze pośród czarnej ziemi
lecz wierzę że któregoś dnia los mój się odmieni
i gdy wybije godzina zobaczę swój sen
w muślinie okna gdzie ukryły się światy
drgająca cisza zaległa na polach
kolumny dźwięku podpierają niebo
a wzrok całego świata kieruje się na niego
ze smutną twarzą patrzy na stwórcę
który w niebieskiej koszuli
krąży wciąż uparcie
dookoła swego niezmiennego bohatera
to on puścił tę płytę
niech jej do końca słucha

CZĘŚĆ II – Downward Leader

CZĘŚĆ II
Downward Leader

oto ja vel Adam Borzęcki vel nikt albo wszyscy
pamiętając losy Orfeusza i innych mężów stanów
w moim pokoju na zawsze wynajętym
czaję się przy ścianie rosną sine pleśnie
a muzyka idzie z dołu pełnego rzeczywistości
jutro przyjdzie albo i nie przyjdzie dziesiąta ofiara
bezręka sprzątaczka którą uwiodę na jawie
a mój przyjaciel gdy przyjdzie zostanie
wbije nóż w plecy będę tylko dyszał
zmęczony upałem młodzieniec z Saint-Tropez
odpoczywał ze mną przed świtem
pośród wydm przy szlaku
na który wstąpić mieliśmy razem z Nikitą Chruszczowem
po Che Guevarze po Niną młodym żigolaku
jam jest pan wasz Jezus Chrystus
był w czerwonym kasku nadziemskich szybkości
inaczej jestem bez imienia wy mi je dajecie
kiedy przybywam w tę bolesną rocznicę
waszego stworzenia i kładę kwiaty na grobach
i on i on i oni chyba obaj
i ja i ja i my na pewno obok
razem byliśmy na odległość reki
to moja miłość pierwszorzędna kurwa z Las Vegas
pojechała do Castel Gandolfo z młodym kierowcą
gdy spod Copacabana ruszyli śmiertelnie
nic nie przypuszczałem i nie byłem pewny
że na Drodze nr 41 skończy się ta historia
gdy tymczasem z Wnukowa wystartował samolot
w kamiennej obudowie na pola Niniwy
na Orly pod Paryżem czekał prezydent de Gaulle
z cesarzem Francuzów w Arlington
dawniej mówili poprzez tysiąclecia
na stadionie pod Arhem gdy trwał
mecz Manchester United z Belo Horizonte
stratowanych wiernych prowadzono do komór
na przedpolach Rzymu Lady Madonna
puściła się z byłym mistrzem Johnsonem
za cenę złota Fortu Knox
gdzie anioł mieczem samurajskim
wykonywał wyroki świeżo przybyłych na Magadan
oto na Piccadilly trwa paseo i toro
gdy szosą E-12 pojechał porsche car
i gdy z Jasnej Polany ruszyła
żółta łódź podwodna z atomowym napędem
oto Dolores Ibarruri na szczycie Organowych Gór
w przepastnej chuście idei gwiżdże Hakenkreuz
a w Iordell Bank Enrico Fermi odbiera ten sygnał
jako kontakt innej cywilizacji tak jak Penderecki
oglądany jej szklanymi oczami
przez miliony lat światła które spływa na mnie
wypatrywacza wiecznego z białą laską w ręce
z Empire State Building jak przywódca przy wódce
zagania muletą ratyfikowane układy i zamachy
stanu na zieloną trawę w Łużnikach
a w Rio de Janeiro trwa wieczny karnawał
festyn dziękczynny na cześć znanej Niobe
słodko uśmiechniętej na wzgórzach opodal
oto Orfeusz vel prezydent Johnson
śpiewa w Moulin Rouge pieśń nasza rytualną
a Brigitte Bardot z odcięta głowa idzie
po Manhattanie z wdową po sławnym kierowcy
imieniem Fangio
w kierunku Norymbergi razem z Bertrandem Russellem

Lighting Series

Lighting Series

słońce zachodzi za chmurę
wypala się moja miłość
pierwszy raz widziana
od ciemnej strony nieba
tylko ten obłok stoi uparcie nad miastem
a lodowa chmura zakrywa powietrze
błyszczy niczym czysty kryształ
na palcu zmarłej w kostnicy szpitalnej
bo biało dokoła jakby płonął palnik
którym się spawa wieczność z umieraniem na styk
to wszystko w pejzażu Victoria Station
bezludnych peronów i braku pociągów
więc nie odjadę znowu przypisany
na powietrzne zakręty pełne słodkich woni
którymi moja miłość maskowa życie
na podlondyńskich deskach w sobotę wieczorem
bo dzień bez słońca nie ma końca
choć zawiedziony człowiek macha ręką
i mimo wszystko powóz rusza

kim jesteś ma prześliczna pani
po kim ta krew spieniona we włosach tak jasnych
i oczy szare oczy płaczu
którymi patrzysz w bezbrzeżnym zdumieniu
między kobietami tego świata zostałaś wybrana
twój dom na czerwonej skale na oścież otwarty
sprasza znajomych kurz dróg niech szybko zmyją
niech się rozgoszczą władcy tego świata
po krwawych wojnach zaznają spokoju
sumienie twoje o prześliczna pani
ta wątła nić srebrnych już włosów
mówi mi wyraźnie że jestem zbawiony
w kaplicy podziemnej złożysz moje kości
gdy uroczystości żałobne dobiegną już końca
a orszak przybyłych gości będzie cię podziwiał
w czarnej materii przy ostatniej uczcie
w blasku wieczności pomieszanej z winem
o pani moja w utlenionym srebrze
trwa wędrówka ludów okolicą twoją
wokoło zamku pająk utkał sieć burzy
a ty zamierzasz o piękna łapać w nią pioruny
czarna chmura przegląda się w twoim oku
stoi tak długo zimna nieruchoma
na skale nie tego świata smukle zawieszona
a ciebie powietrze leciutko kołysze
w jedwabnym hamaku moich snów młodzieńczych
zaś ja zmęczony burzą na tą okolicą
zasypiam z głową wtuloną w ramiona
elektryczne powietrze targa moim ciałem
to chyba fotel wieczności z wolnym umieraniem
został postawiony na środku pokoju
w którym codziennie mieszając cukier
mam dziwny przedsmak tych wielkich ogrodów
po których kroczę cały otulony
sennym prześcieradłem z dziurami przedświtu

oto Hyde Park z niestrzeżoną trawą
wygłasza przemówienie do całego świata
grupa kosiarzy w wielkiej pantomimie
przekazuje przestrzenne przesłanie

białą szosą wiozą skazanego na śmierć
w eskorcie honorowej na lotnych motorach
pierwszy z prawej Johnson ma za towarzysza
trzech przywódców radzieckich każdy z nich odlicza
następną głowę w koronie ze stali
mój pancerny samochód czarno malowany
strzela na wiwat piskiem kół w zakrętach
jechał nim Komarow na powietrzny cmentarz
równą ścianą Kremla
James Dean ma za pilota Zbyszka Cybulskiego
za nimi przemija przestrzeń A. Munka
na szlakach niebieskich trwa rajd nieśmiertelność
przestrzeń i czas stoją w jednym miejscu
ja poruszam się do tyłu
zaprzeczam biegowi zdarzeń
i płacę za to cena nie gra roli

idę do ciebie ze zmęczonym ciałem
cały w powietrzu i skóra bez kości
znaczy w przestrzeni tę najcięższą drogę
łagodnym zielem odbiciem woskowym
wypełnia się wolno moje martwe ciało
idę do ciebie a tak iść może
żołnierz najemny legii cudzoziemskiej
albo też pielgrzym z przezroczystą twarzą
na której sine muchy dostojnie się pasą
kto z nas więc idzie a kto tu pozostał
zielenią zwieńczony ze skóry obdarty
czy ty mi powiesz że przecież odszedłem
czy ja zapytam gdy będziesz mnie mijać

czy pamiętasz mój książę Kazimierz
gdy na piaskowej strzelnicy góry
celowaliśmy ze słońcem w plecy
do żywych tarcz z pięćdziesięciu kroków
składałeś się dokładnie cały ozłocony
i na twoim palcu czas unieruchomiony
i przestrzeń czekały
potem strzelaliśmy do wyrzutków
żułeś wtedy gumę marki Wrigley
którą ci podarowała dziewczyna w Grenadzie
tańcząc stare tanga po wyjściu z więzienia
i piliście Gold Water to chyba pamięta
bo świeże skorki pomarańcz nie straciły blasku
teraz stoisz ze mną nieopodal Stazjone Termini
i będziesz opowiadał z przejęciem
śmierć znajomego na torze w Minneapolis
dlaczego jesteś książę z krwi
i ukazujesz się tak rzadko
w podłej spelunce grywasz na pianinie
słynne improwizacje na temat tak bliski
gdy Mario del Monaco na samotnej wyspie
woła boga ciemności starczym drżeniem głosu

na plaży w Miami Beach
widziałem jak z morskiej wody
pojawiła się na kształt fali
i zapadła do dna nim zdołałem dokładnie zobaczyć
więc mój przyjaciel August Piccard wziął mnie ze sobą
przez jedno pokolenie morskich utopionych szukałem
w następnym z Bajkonuru na Drogę Wodną poleciałem
ale może było to w Bretanii
lub na sopockim molo
albo na przylądku Kennedy’ego

znów gdzieś z nieskończoności wypadły czerwone psy
były wściekle wychudłe z obrośniętych boków
biła przestrzeń i gwiezdny pył
czy goniły białego boga rzeźbionego w soli
który z zamkniętymi oczami kładł wysmukłe palce
na sprawy życia i śmierci cienko obwiedzione
konturem losu świecącym z oddali
czy człowieka pragnęły który się zaczaił
aby w sidła chwytać własne myśli
i pod chloroformem doszukać się prawdy
czy mnie chciały gdy w kolczastym gaju
skłuty do nieprzytomności ostatecznie leżałem
i kurtyny powietrza wolno zapadały
za moje oczy które widziały to wszystko
z drugiej strony nieba od podszewki ziemi
nic nie znalazły odeszły w bezkresy
zwąchawszy przezornie co tu się święci
zostały ślady wiernie przechowane
w pamięci wiecznej i przez to nietrwałe
jutro w bramie pies pełen wścieklizny
wczepi się jadowicie w moje drobne ciało
ale rakarz mnie pochwyci i obedrze do żywej skóry
a ze szpiku kości wybuduje zamek
i zamieszkamy razem cegła i fundament

oto jego pomnik spawany tlenem
z wmurowanym szlachetnym kamieniem
łączy tysiąclecia zwiera kontynenty
obok w małym kiosku sprzedaje się miniatury
z gumy do żucia tak on sobie życzył
i nalepia jak kalkomanie z własnym szczęk śladem
gdy stary Borges w końcu się zdenerwuje
utwardzi gumę i to będzie trismus
wszystkich czasów i rzeczywistości
a on zaśmieje się wtedy
już nieziemskim śmiechem
lecz abym przetrwał w dźwięku tej wysokiej struny
ciągle rozchwianej ponad kontynenty
jak szybka melodia zespołu The Beatles
lub krwią płynące marzenia Dylana
potrzebna mi potrzeba mi
przestrzeni w czasie trwania i mijania
ten ruch ma pępek głęboko ukryty
ale na wierzchu jak u ladacznicy
która cierpi na wieczną migrenę
idę ciągle idę ciemną drogą południa
na północ pociągnęły stada pasione przeze mnie
tutaj puste miejsce zarasta już blizna
pamięć pierwszego oddechu
będzie się topiła będzie utwardzona
w tlenowym namiocie pod ostrą narkozą

w taką noc cię widziałem
gdy szklisty anioł spity ginem
rozwiązywał szaradę nieba
na białym karle siedzący okrakiem
nieprzyzwyczajony do gwiazd
ułomny wiedzą myślałem
i pojawił się błysk o drugiej nad ranem
kiedy byłem w tobie zakochany
i tak zostaniesz świecąca z oddali
nad wielkim morzem pełnym pajęczyny
i krokiem wolnym nad wyraz cierpliwym
poprowadzisz za rękę stąd aż do wieczności

moja kuzynka Mary którą kochałem
w tamtym tysiącleciu
utonęła w jeziorze gdy spłoszone konie
pędem nadbiegły od północy nieba
niedawno platynowej Mary
szczupłej barmance z Be Be Center w Londynie
na przejażdżkach po sczerniałych fi ordach
zdążyłem opowiedzieć dwa wieki nie więcej
byliśmy w Hiszpanii gdy ambasador mocarstwa
moczył swe nogi w lazurowej wodzie
i wtedy wypłynęła w morze straciłem ją z oczu

cień od horyzontu obdarzony życiem
własnym sumieniem zdziwiony nad miarę
pełznie posuwiście zmęczy się przed czasem
to ja czołgam się dyskretnie
by ziemia nie słyszała jak zapładnia ją piasek
w drobnych wodach rośnie wątłe życie
ale to wszystko dzieje się na Pacyfiku
w przestrzeni jonosfery pod polarną zorzą
to kochankowie w uścisku czarną ziemię orzą
i miękko spływają na dno morza nieziemskiego
gdzie białe prześcieradła suszą się na wietrze
lecąc w powietrzu świergocącą falą
i upadają nad nami w wiekuistą ciemność

Return Stroke

Return Stroke

oto ja o zmęczonej twarzy płynę Sekwaną
porochy Dniepru szumią wodą katarakty
i mijając New Orleans z prawej strony
dochodzi mnie głos siedmiu trąbek ciemnej rzeki
to mój znajomy z estrady Luis Armstrong
trenuje przed występem na pogrzebie Kinga
to moja miłość opływa mnie dokoła Unionn Stock Yards
to woda pełna ropnych wydzielin
szumi przejmująco w moim oddechu
słony oddech oceanu
gdy siedziałem na molo
z powietrza nadchodził pokaz mody
szedł ulotny stwardniała od bólu
ostrymi biczami gonił go ocean
i gdy była już tuż przy mnie
on właśnie wygrał dopadł i zniweczył
teraz czasami ktoś na pustej plaży śpiewa
lecz gdy się zjawiam leżą tylko kości
które obmywa ocean litości

tego lata pan mój urządził na oceanie happening
a cztery wiatry grały mu wśród fal
gdy się zbliżał do wysp
które nagle wyrosły z mojej pamięci
pamięci wszystkiego co ma swój już czas
a ja karzeł leworęki
wypełniałem jego polecenia odwrotnie
dźwięk wrócił z powietrza
wszedł w cynowe rury
i rozprężony stanął nad kościołem
w obiegu swobodnym dotarł na ten statek
gdzie pośród oceanu pan mi się objawił
ale może było to w kinie Moulin Rouge
kiedy czekałem na wzorzystkę mód
z kieliszkiem wieczności w zdrętwiałych palcach

CZĘŚĆ III – Zakończenie

CZĘŚĆ III
Zakończenie

za czymże gonię w noc ciemną południe
żywy czy umarły umarła czy żyje
ta której szukam ta nieodgadnięta
jak człowiek przed bogiem
bóg przed swoim stwórcą
za czymże gonię stojąc w jednym miejscu
w tej samej godzinie o tej samej porze
jak to się stało powiedz
że leżę tutaj całkiem zapomniany
a Chase Henry najgorszy pijak w mieście
ma nagrobek z marmuru zwieńczony uryną
za czymże gonię dzień każdy wyprzedzam
kiedy on wraca upiorek na sprzedaż
w starej koszuli wiuwa w środku nieba
w tej samej sekundzie piorun w ziemię strzela
dom wschodzącego słońca jest moim siedliskiem
siedmioro drzwi otwartych na oścież
sprasza znajomych chodem zastygłym
niech przyjdą wszyscy umarli poeci
razem z żyjącymi znowu pożyjemy
w marzeniach boga wieczności uryny
W PYTANIU OSTATNIM I PIERWSZYM
NA KTÓRE NIE MA ODPOWIEDZI

Epitafium

Epitafium

już mnie poniosły upalne burze
i nie wiem przed wielką podróżą
co mi przypadnie czy to będzie dzisiaj
a może kiedyś w wieczności znowu się spotkamy
tutaj byliśmy na czerwonych skałach
wiatr zdzierał włosy i skóra bielała
jak nocne światło na drodze z daleka
teraz odjadę burza idzie bokiem
popatrzę w oczy potem będę śpiewał
zapiekłymi ustami w krwiste dzisiaj niebo

teraz gdy jestem sam i płynie ta wieka muzyka
chciałbym powiedzieć a tobie kochana na pewno
jak to się stało nikt tego nie widział
kiedy umarłem cały pobielony
jak pęd ekspresu poprzez kontynenty
w starym fotelu na biegunach pamiętałem jeszcze
dzień naznaczony wyrazisty umowny
choć pełen wytworzonej tu i teraz rzeczywistości
więc leż cicho ukryj usta w krtani śpij pogodnie
lub prowadź nas przez nienazwane oceany

bo późnym wieczorem niebo mi nie świeci
boże ty wiesz że ta muzyka
płynie cudowna z głębin oceanu
więc wyjdź mi naprzeciw smutny pomocniku
spróbuję cię zabić wolno i boleśnie
pierwsza krew poleci jak spadająca gwiazda
niewidoczna przyczyna i skutek
zabłyśnie nareszcie ponad horyzontem
i pęknie krąg zaklęty aż tęcza zajęczy
potem ktoś przyjdzie powie mi dzień dobry
niebieskim światłem otoczy dokoła
bo choć się nie znamy ty musisz pamiętać
a wiesz dlaczego bo jesteś skazany

Koniec

Koniec

oto taniec świeżych po wyroku
albo indeks bezosobowy
dłoń dłoni serce serca krtań
kadłuby tak pięknie przystrojone
kurz wzbijają kurz po samo niebo
gdy skończy się ten bal maskowy
ręce kata zakwitną jaśminem

z gigantofonów cichnie wielka melodia
kontynenty jednakowo milczą
głos świata toczy się ciężko
jak stopy na stoku proroka
kiedy już odchodzi
z nieskończoności znowu w nieskończoność

„tam wzniosłeś im świątynię w zasłuchaniu
Tchnienie wokół nicości. Oddech w Bogu. Wiatr”

śmiało możesz powiedzieć
EHYEH ASHER EHYEH