POETA DAWNY I NOWY

Piotr Matywiecki
POETA DAWNY I NOWY

To wielka satysfakcja po wielu latach ujawnić czytelnikom poetę całkowicie nieznanego. Adam Borzęcki (urodzony w 1945 roku) pisał poematy i wiersze od lat sześćdziesiątych do początku lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Opublikował ich wówczas zaledwie kilka, w liczących się czasopismach literackich. W jego utworach widać wprawdzie ślady estetyki tamtych czasów, ale silniejsze jest wychylenie ku przyszłości, mam wrażenie, że są to rzeczy bliskie dzisiejszej wrażliwości. Zresztą już wówczas można było wyczuć oryginalność liryki Borzęckiego.
Kiedy obcuje się dzisiaj z tą poezją, daty pisania więcej mówią o świecie niż o estetyce, która z założenia była synkretyczna. W realiach znakomitego poematu „Memphis Tennessee” odżywa atmosfera świata, który właśnie przyśpieszył swoją całkowitą cywilizacyjną przebudowę, świata, w którym idole pop-kultury tak jak dzisiaj sąsiadowały na ekranach z aktorami wielkiej polityki. W tamtym czasie nakładała się na to dusząca i nerwowa atmosfera konfrontacji imperium ZSRR z zachodnimi, demokratycznymi państwami. I emancypujący się gwałtownie Trzeci Świat. I terroryzm w pełnym rozkwicie.
I sytuacja w Polsce: gorycz bardziej lub mniej dokuczliwego zniewolenia, wreszcie stan wojenny. Groza mieszała się z groteską. Nie zawsze można było odróżnić, co jest wartością serio, a co jej parodią. Wszystko to w drastycznych obrazach i niepokojących aluzjach przenika poemat, który wydaje mi się prekursorski wobec dzisiejszych kolażowych technik poetyckich, którymi chętnie posługują się najmłodsi poeci.
Zarówno w „Memphis Tennessee”, jak i w innych utworach przejawia się w dojrzałej formie to, co dzisiaj nazywa się „intertekstualnością”- poemat dzieje się w tańcu między aluzjami do wielu poetów, do najrozmaitszych tekstów kultury, zaczepia te teksty, spiera się z nimi, drwi z nich, wielbi je.
Mimo całej intertekstualnej gry gorączkowa temperatura emocjonalna poematu – wyczuwalna także w pozostałych wierszach – nadaje mu autentyzm i podmiotową wiarygodność.
Poemat „Memphis Tennessee” jest także zapisem dziwnej podróży. Łatwość irrealnego przenoszenia się we wszystkie miejsca kuli ziemskiej to nie tylko wynik naciskania klawiatury telewizyjnego pilota. To próba objęcia c a ł o ś c i poznawczego horyzontu dzisiejszego człowieka, może beznadziejna ze względu na niemożliwość zakorzenienia się w krajobrazach i w pojęciach, ale dlatego właśnie przejmująco nostalgiczna.
Znajduję tu przedłużenie nowoczesnego toposu: Borzęcki jest Cendrarsem mass-medialnej rzeczywistości, jego wyobraźniowa podróż to włóczęgostwo następnego pokolenia po beatnikach, to wędrówka „dzieci – kwiatów”, które już zaznały rozczarowania swoją utopią.
Ta podróż, to włóczęgostwo wyobraźni, nadaje utworom Borzęckiego charakterystyczną melodykę: Apollinaire’owski „zaśpiew” przenosi się z wersu na wers jazzową frazą, chwilami słyszy się histeryczny ton saksofonu.
Ówczesna cywilizacyjna aktualność utworów Borzęckiego nie może przesłonić ich sensu stricto lirycznego odczucia czasu: przeszłość jest w tych wierszach przeżyciem intymnej,
mitologizowanej, osobistej pamięci, przyszłość – w Apollinaire’owskim duchu – jest niespodzianką, egzystencjalnym ryzykiem.
Jedynie teraźniejszość jest zrywającym ową ciągłość, bolesnym uprzytomnieniem pozorów świata. Wierność w oddawaniu medialnego „naskórka” owych czasów nie zmienia faktu, że mamy do czynienia z poetą świata wewnętrznego. W cyklach pięknych i delikatnych wierszy miłosnych, w wizyjnych i nostalgicznych lirykach, objawia się poetyckie ja niezwykle bezpośrednie, ja bez cudzysłowu. Może dlatego tak przejmująco odczuwa się jego samotność – mówi tutaj ktoś bardzo otwarty, nieomal ekshibicjonistyczny, ale mówi słowami obcości, dystansu. Zmienia swoje role, wciela się w coraz to inne postacie, występuje w szalonym teatrze – nawet jako fi gura Zbawiciela. Trudno zorientować się kiedy są to wcielenia tragiczne, a kiedy błazeńskie. Nie może być inaczej: słowa poezji tamtych czasów (przykład Nowej Fali jest znamienny) brane są ze słowników języka wyalienowanego, chłodnego.
Miłosna liryka Adama Borzęckiego jest wzruszającym zapisem romantycznej czystości uczuć zderzonej z kulturą uczuć wystudzonych, zamaskowanych, nawet cynicznych. Przypominają się podobne uczuciowe kontrasty znane z poezji Stanisława Czycza, Andrzeja Bursy, Rafała Wojaczka: brutalność i czułość.
Borzęcki jest poetą kosmicznych obrazów, wielkiej wizji. Jest ona przełamywana intelektualną ironią, nawet sarkazmem, dlatego nie grozi jej patos. (Chwilami mam wrażenie, jakbym czytał współczesną kontynuację „Balu w operze” Tuwima) Obrazy są czyste, ale po Rimbaudowsku przełamywane abstrakcjami, nie dają się naiwnie wizualizować. Ta poezja ma też swoją własną metafizykę, może raczej tęsknotę za metafizyką. Jej Bóg solidaryzuje się z bezsensem świata, który stworzył. Jest Kimś, kto istnieje w stworzonym przez Siebie świecie jako jego liryczny, wylękniony podmiot. Ginie razem z apokalipsą – tak, jakby nowoczesna cywilizacja odebrała mu jakąkolwiek nadrzędność.
Pisanie o liryce Adama Borzęckiego jest dla mnie przygodą osobistego wspomnienia. Towarzyszyłem jej powstawaniu, kształtowaliśmy swoje poetyckie oblicza pod wpływem podobnych lektur i życiowych inspiracji. Kiedy czytam dzisiaj „Memphis Tennessee i inne wiersze”, odnajduję smak tamtych źródeł. Jestem przekonany, że ta poezja przetrwała i ma wielką siłę lirycznego oddziaływania.