Lighting Series

Lighting Series

słońce zachodzi za chmurę
wypala się moja miłość
pierwszy raz widziana
od ciemnej strony nieba
tylko ten obłok stoi uparcie nad miastem
a lodowa chmura zakrywa powietrze
błyszczy niczym czysty kryształ
na palcu zmarłej w kostnicy szpitalnej
bo biało dokoła jakby płonął palnik
którym się spawa wieczność z umieraniem na styk
to wszystko w pejzażu Victoria Station
bezludnych peronów i braku pociągów
więc nie odjadę znowu przypisany
na powietrzne zakręty pełne słodkich woni
którymi moja miłość maskowa życie
na podlondyńskich deskach w sobotę wieczorem
bo dzień bez słońca nie ma końca
choć zawiedziony człowiek macha ręką
i mimo wszystko powóz rusza

kim jesteś ma prześliczna pani
po kim ta krew spieniona we włosach tak jasnych
i oczy szare oczy płaczu
którymi patrzysz w bezbrzeżnym zdumieniu
między kobietami tego świata zostałaś wybrana
twój dom na czerwonej skale na oścież otwarty
sprasza znajomych kurz dróg niech szybko zmyją
niech się rozgoszczą władcy tego świata
po krwawych wojnach zaznają spokoju
sumienie twoje o prześliczna pani
ta wątła nić srebrnych już włosów
mówi mi wyraźnie że jestem zbawiony
w kaplicy podziemnej złożysz moje kości
gdy uroczystości żałobne dobiegną już końca
a orszak przybyłych gości będzie cię podziwiał
w czarnej materii przy ostatniej uczcie
w blasku wieczności pomieszanej z winem
o pani moja w utlenionym srebrze
trwa wędrówka ludów okolicą twoją
wokoło zamku pająk utkał sieć burzy
a ty zamierzasz o piękna łapać w nią pioruny
czarna chmura przegląda się w twoim oku
stoi tak długo zimna nieruchoma
na skale nie tego świata smukle zawieszona
a ciebie powietrze leciutko kołysze
w jedwabnym hamaku moich snów młodzieńczych
zaś ja zmęczony burzą na tą okolicą
zasypiam z głową wtuloną w ramiona
elektryczne powietrze targa moim ciałem
to chyba fotel wieczności z wolnym umieraniem
został postawiony na środku pokoju
w którym codziennie mieszając cukier
mam dziwny przedsmak tych wielkich ogrodów
po których kroczę cały otulony
sennym prześcieradłem z dziurami przedświtu

oto Hyde Park z niestrzeżoną trawą
wygłasza przemówienie do całego świata
grupa kosiarzy w wielkiej pantomimie
przekazuje przestrzenne przesłanie

białą szosą wiozą skazanego na śmierć
w eskorcie honorowej na lotnych motorach
pierwszy z prawej Johnson ma za towarzysza
trzech przywódców radzieckich każdy z nich odlicza
następną głowę w koronie ze stali
mój pancerny samochód czarno malowany
strzela na wiwat piskiem kół w zakrętach
jechał nim Komarow na powietrzny cmentarz
równą ścianą Kremla
James Dean ma za pilota Zbyszka Cybulskiego
za nimi przemija przestrzeń A. Munka
na szlakach niebieskich trwa rajd nieśmiertelność
przestrzeń i czas stoją w jednym miejscu
ja poruszam się do tyłu
zaprzeczam biegowi zdarzeń
i płacę za to cena nie gra roli

idę do ciebie ze zmęczonym ciałem
cały w powietrzu i skóra bez kości
znaczy w przestrzeni tę najcięższą drogę
łagodnym zielem odbiciem woskowym
wypełnia się wolno moje martwe ciało
idę do ciebie a tak iść może
żołnierz najemny legii cudzoziemskiej
albo też pielgrzym z przezroczystą twarzą
na której sine muchy dostojnie się pasą
kto z nas więc idzie a kto tu pozostał
zielenią zwieńczony ze skóry obdarty
czy ty mi powiesz że przecież odszedłem
czy ja zapytam gdy będziesz mnie mijać

czy pamiętasz mój książę Kazimierz
gdy na piaskowej strzelnicy góry
celowaliśmy ze słońcem w plecy
do żywych tarcz z pięćdziesięciu kroków
składałeś się dokładnie cały ozłocony
i na twoim palcu czas unieruchomiony
i przestrzeń czekały
potem strzelaliśmy do wyrzutków
żułeś wtedy gumę marki Wrigley
którą ci podarowała dziewczyna w Grenadzie
tańcząc stare tanga po wyjściu z więzienia
i piliście Gold Water to chyba pamięta
bo świeże skorki pomarańcz nie straciły blasku
teraz stoisz ze mną nieopodal Stazjone Termini
i będziesz opowiadał z przejęciem
śmierć znajomego na torze w Minneapolis
dlaczego jesteś książę z krwi
i ukazujesz się tak rzadko
w podłej spelunce grywasz na pianinie
słynne improwizacje na temat tak bliski
gdy Mario del Monaco na samotnej wyspie
woła boga ciemności starczym drżeniem głosu

na plaży w Miami Beach
widziałem jak z morskiej wody
pojawiła się na kształt fali
i zapadła do dna nim zdołałem dokładnie zobaczyć
więc mój przyjaciel August Piccard wziął mnie ze sobą
przez jedno pokolenie morskich utopionych szukałem
w następnym z Bajkonuru na Drogę Wodną poleciałem
ale może było to w Bretanii
lub na sopockim molo
albo na przylądku Kennedy’ego

znów gdzieś z nieskończoności wypadły czerwone psy
były wściekle wychudłe z obrośniętych boków
biła przestrzeń i gwiezdny pył
czy goniły białego boga rzeźbionego w soli
który z zamkniętymi oczami kładł wysmukłe palce
na sprawy życia i śmierci cienko obwiedzione
konturem losu świecącym z oddali
czy człowieka pragnęły który się zaczaił
aby w sidła chwytać własne myśli
i pod chloroformem doszukać się prawdy
czy mnie chciały gdy w kolczastym gaju
skłuty do nieprzytomności ostatecznie leżałem
i kurtyny powietrza wolno zapadały
za moje oczy które widziały to wszystko
z drugiej strony nieba od podszewki ziemi
nic nie znalazły odeszły w bezkresy
zwąchawszy przezornie co tu się święci
zostały ślady wiernie przechowane
w pamięci wiecznej i przez to nietrwałe
jutro w bramie pies pełen wścieklizny
wczepi się jadowicie w moje drobne ciało
ale rakarz mnie pochwyci i obedrze do żywej skóry
a ze szpiku kości wybuduje zamek
i zamieszkamy razem cegła i fundament

oto jego pomnik spawany tlenem
z wmurowanym szlachetnym kamieniem
łączy tysiąclecia zwiera kontynenty
obok w małym kiosku sprzedaje się miniatury
z gumy do żucia tak on sobie życzył
i nalepia jak kalkomanie z własnym szczęk śladem
gdy stary Borges w końcu się zdenerwuje
utwardzi gumę i to będzie trismus
wszystkich czasów i rzeczywistości
a on zaśmieje się wtedy
już nieziemskim śmiechem
lecz abym przetrwał w dźwięku tej wysokiej struny
ciągle rozchwianej ponad kontynenty
jak szybka melodia zespołu The Beatles
lub krwią płynące marzenia Dylana
potrzebna mi potrzeba mi
przestrzeni w czasie trwania i mijania
ten ruch ma pępek głęboko ukryty
ale na wierzchu jak u ladacznicy
która cierpi na wieczną migrenę
idę ciągle idę ciemną drogą południa
na północ pociągnęły stada pasione przeze mnie
tutaj puste miejsce zarasta już blizna
pamięć pierwszego oddechu
będzie się topiła będzie utwardzona
w tlenowym namiocie pod ostrą narkozą

w taką noc cię widziałem
gdy szklisty anioł spity ginem
rozwiązywał szaradę nieba
na białym karle siedzący okrakiem
nieprzyzwyczajony do gwiazd
ułomny wiedzą myślałem
i pojawił się błysk o drugiej nad ranem
kiedy byłem w tobie zakochany
i tak zostaniesz świecąca z oddali
nad wielkim morzem pełnym pajęczyny
i krokiem wolnym nad wyraz cierpliwym
poprowadzisz za rękę stąd aż do wieczności

moja kuzynka Mary którą kochałem
w tamtym tysiącleciu
utonęła w jeziorze gdy spłoszone konie
pędem nadbiegły od północy nieba
niedawno platynowej Mary
szczupłej barmance z Be Be Center w Londynie
na przejażdżkach po sczerniałych fi ordach
zdążyłem opowiedzieć dwa wieki nie więcej
byliśmy w Hiszpanii gdy ambasador mocarstwa
moczył swe nogi w lazurowej wodzie
i wtedy wypłynęła w morze straciłem ją z oczu

cień od horyzontu obdarzony życiem
własnym sumieniem zdziwiony nad miarę
pełznie posuwiście zmęczy się przed czasem
to ja czołgam się dyskretnie
by ziemia nie słyszała jak zapładnia ją piasek
w drobnych wodach rośnie wątłe życie
ale to wszystko dzieje się na Pacyfiku
w przestrzeni jonosfery pod polarną zorzą
to kochankowie w uścisku czarną ziemię orzą
i miękko spływają na dno morza nieziemskiego
gdzie białe prześcieradła suszą się na wietrze
lecąc w powietrzu świergocącą falą
i upadają nad nami w wiekuistą ciemność